Wzór posta-opowieści
Ta historia (a dokładniej seria zabawnych historii) rozpoczęła się dawno temu, jeszcze wtedy, gdy dzieci nie wiedziały, co to jest internet (może gdzieś słyszały, ale co to jest i z czym to się je – nie), komputer był niespotykaną luksusem, tylko kilka urządzeń stało w szkole; a gdyby w tamtym czasie ktoś powiedział: „wezmę tablet, podłączę się do wifi i zobaczę, co tam na Twitterze i Facebooku”, to patrzyliby na ciebie jak na jakiegoś kosmitę lub dziwaka.
Tak zwane przenośne „gadżety” miały głównie chłopcy, i nie były to takie smartfony, tablety, netbooki i laptopy, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, a „tetris” lub „tamagochi”, do których wkładało się baterie i miały czarno-biały ekran. Często na lekcjach nauczyciele zabierali te „tamagochi”, bo w najmniej odpowiednim momencie piszczały na cały klasę swoim nieprzyjemnym piskiem – tak prosiły o jedzenie lub do toalety. Z „tetrisa” nie było tyle hałasu. A w domu do telewizora podłączano „Dendy”, „Sega”, wideo magnetofony. „Dendy” i „Sega” to w ogóle świętość. Chłopcy wymieniali się ze sobą „kartridżami” (kasetami z grami), chodzili do siebie grać na konsolach, organizowali zawody (szczególnie w „żółwiach” lub „mortal kombat”). W ogóle wokół Dendy w tamtym czasie rysował się prawdziwy kult.
Telefon w tamtym czasie kojarzył się nie z modnym dotykowym gadżetem, a z takim ustrojstwem, plastikowym pudełkiem, na którym znajdował się dysk z cyframi od zera do dziesięciu. Teraz mieści się w kieszeni i zastępuje budzik, notatnik, latarkę, kalendarz i wiele innych rzeczy, a wtedy na tym urządzeniu wisiała słuchawka, połączona z nim kablem w kształcie spirali. A jedyną jego funkcją było dzwonienie. Tak, jak to nie dziwne, ale więcej niczym nie można było zrobić, nawet SMS-a nie napiszesz. Zamożne rodziny miały telefony z przyciskami, a najzamożniejsze - radiotelefony! W tym okresie popularne były telefoniczne żarty, ponieważ człowiek nie widział, kto i skąd dzwoni. Tym zajmowała się młodzież, gdy rodziców nie było w domu.
Tak zwane przenośne „gadżety” miały głównie chłopcy, i nie były to takie smartfony, tablety, netbooki i laptopy, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, a „tetris” lub „tamagochi”, do których wkładało się baterie i miały czarno-biały ekran. Często na lekcjach nauczyciele zabierali te „tamagochi”, bo w najmniej odpowiednim momencie piszczały na cały klasę swoim nieprzyjemnym piskiem – tak prosiły o jedzenie lub do toalety. Z „tetrisa” nie było tyle hałasu. A w domu do telewizora podłączano „Dendy”, „Sega”, wideo magnetofony. „Dendy” i „Sega” to w ogóle świętość. Chłopcy wymieniali się ze sobą „kartridżami” (kasetami z grami), chodzili do siebie grać na konsolach, organizowali zawody (szczególnie w „żółwiach” lub „mortal kombat”). W ogóle wokół Dendy w tamtym czasie rysował się prawdziwy kult.
Telefon w tamtym czasie kojarzył się nie z modnym dotykowym gadżetem, a z takim ustrojstwem, plastikowym pudełkiem, na którym znajdował się dysk z cyframi od zera do dziesięciu. Teraz mieści się w kieszeni i zastępuje budzik, notatnik, latarkę, kalendarz i wiele innych rzeczy, a wtedy na tym urządzeniu wisiała słuchawka, połączona z nim kablem w kształcie spirali. A jedyną jego funkcją było dzwonienie. Tak, jak to nie dziwne, ale więcej niczym nie można było zrobić, nawet SMS-a nie napiszesz. Zamożne rodziny miały telefony z przyciskami, a najzamożniejsze - radiotelefony! W tym okresie popularne były telefoniczne żarty, ponieważ człowiek nie widział, kto i skąd dzwoni. Tym zajmowała się młodzież, gdy rodziców nie było w domu.