Nieśmiertelny
Dobry młodzieniec smutno spoglądał w dół, obejmując rękami-nogami szczyt ogromnej, masztowej, sosny. Ta znów zatrzęsła się od uderzenia w pień.
"A no zejdź szybko" - spokojnie pomachał palcem Koszaj Nieśmiertelny, i uderzył chudą, kościstą ręką w pień jeszcze raz - sosna znów się zachwiała. "Tak i być, do śmierci nie zbiję - nauczkę tylko dam, rzeczową, czymś ciężkim - i idź do domu" - Koszaj znów potrząsnął sosnowym pniem - "zejdź, zapijaczony - bo będzie gorzej!"
"I nawet nie pomyślę" - wykrzyknął dobry młodzieniec z góry sosny, chwyciwszy pień wyżej rękami. "Kto by pomyślał, że jednym ręką powalić sosnę na wieki? Wszystkie bajki mówią jednym głosem - zadyszka i zadyszka jest, kościsty i małomówny, może tylko swoją śmierć ukrył dalej i sprytniej, żeby bohaterowie nie doszli. No ja, pierwszy chłopak na wsi, i postanowiłem zdobyć sławę i bogactwo. A teraz - nie zejdę wcale!"
"A kto, myślisz, te bajki wymyślił?" - złośliwie zapytał Koszaj - "jak posłyszy takie bajki, to przyjedzie zadyszka walczyć, a tu - ja! Zejdź, mówię" - od kolejnego uderzenia kościstą ręką w pień sosny ta się tak zachwiała, że dobry młodzieniec nie utrzymał się na szczycie i spadł kamieniem na dół.
Ale nie spadł na ziemię - nie zdążył; Koszaj złapał go w locie za kołnierz i łatwo, jedną ręką, podniósł twarzą do twarzy. Nogi dobrego młodzieńca bezradnie dyndały kilka łokci nad trawą.
"No i po co ty w zamek do mnie na łysinę górę się pchasz?" - zapytał Koszaj - "nie może być, żeby mnie walczyć. Wtedy by w głównych drzwiach uderzał mieczem i wołał bohaterów, jak ogłuszony. Wyjdź, mówię, na pojedynek. A co ty zrobiłeś?" - Koszaj potrząsnął dobrym młodzieńcem, od czego mu głowa zaczęła się chwiać - "w okienko piwniczne wszedłeś, i szukasz po piwnicach kamiennych? Co, złoto-srebro chcesz, nad którym ja tu chrypiałem?"
"Tak więc bajki mówią, że chrypiesz" - oburzył się dobry młodzieniec - "po co ci tyle, a? A mi by starczyło tuzin czerwonych groszy, żeby postawić dobry dom, założyć gospodarstwo i zorganizować wesele - miłość z córką starosty, najmłodszą."
"No tak" - subtelnie zaśmiał się Koszaj - "wszystkie bajki tak mówią - chrypiesz. Tylko ty nie zapominaj" - jego oczy nagle na chwilę zapłonęły niebieskim i znów potrząsnął dobrego młodzieńca, szarpanego jak sardynka - "kto te bajki wymyślił, wiele wieków temu. Wizerunek - rzecz poważna, buduje się latami."
Dobry młodzieniec zamyślił się i spuścił głowę.
"Więc to nie ma złota-srebra? Ech, głupi ja jestem."
"A skądże - jest oczywiście, i złoto, i srebro, i skarbów w skrzyniach" - zdziwił się Koszaj, pokazując kościstym palcem na stojący nieopodal, na szczycie trzydziestopięcio-metrowego wzgórza z łysą od trawy górą, czarny, gotycki zamek - "po co bym to wszystko wybudował? A tylko każdy złodziej wiejski chrzani tam z rzodkiewką. Teraz. W piwnicach."
Dobry młodzieniec westchnął głęboko i z nadzieją spojrzał na Koszaja:
"A może puścisz mnie, co? Nie znalazłem niczego - nie ukradłem?"
Koszaj uśmiechnął się zagadkowo i postawił go na nogi; potem pomachał za sobą do zamku:
"Dobra, biedaku, wejdź do mnie na gościnę - napiję cię herbatą z brusznic, z piernikami, i porozmawiamy, póki pijemy herbatę - sam tu żyję, czasem nie ma z kim pogadać. A dwanaście czerwonych groszy - no, dam; herbata nie zubożeje" - i znowu, po co, za nic, zaśmiał się.
Herbata trwała do samego rana.
Słońce już wschodziło, gdy dobry młodzieniec zaczął pukać do okien domu, w którym mieszkał wiejski starosta z rodziną. Te skrzypiąco się otworzyły i z okna, ziewając, wyjrzała córka starosty - ta sama, najmłodsza.
"Co za radość" - zaczął dobry młodzieniec - "byłem u Koszaja, i mamy teraz aż dwanaście złotych czerwonych groszy - świętować wesele i podnosić gospodarstwo."
"Pokaż" - zainteresowała się dziewczyna.
"Teraz nie mogę" - wzruszył ramionami dobry młodzieniec - "on, podstępny, nie dał mi ich do ręki, tylko - no tak, do środka. No to za dzień-dwa będą nasze - a ja na łysinę górę do Koszaja nie pójdę w życiu."
"Do środka - to jak?" - zdziwiła się dziewczyna - "połyźć, czy zmusiłeś, żeby połknąć?"
"Przeciwnie" - przyznał dobry młodzieniec, a jego twarz mocno się zarumieniła. Przez kilka dni trzeba będzie jeść na stojąco.
A ty nie chodź kraść!